Seat Leon sesja główna

#12 Seat Leon ST | FR 1.5 e-TSI 150 KM | TEST | Optymalne rozwiązanie

Odświeżanie gamy zawsze wiąże się z ryzykiem. Szczególnie jeśli mowa o sile napędowej danej marki. Dla mnie Seat Leon kojarzył się zawsze z tym najbardziej sportowym z całej gamy trojaczków. Niestety czasy mamy takie, że teraz najlepiej sprzedają się SUV’y, więc klasa kompakt jest traktowana mocno po macoszemu. Na szczęście Seat podchwycił też drugą wszechobecną modę – elektryfikację. Dzięki temu Leon czwartej generacji, w teorii, powinien się świetnie sprzedawać. Ale czy na pewno tak jest?

Wizualnie jest lepiej.

Fanem poprzednich generacji Leona nigdy nie byłem, gdyż kojarzył się z tym z czym w BMW seria e36 i e46. Wiejski tunning i upalanie pod remizą przez Sebusia. Na szczęście trzecia generacja zerwała z tym wizerunkiem, a linie stały się mocno agresywne, ostro cięte, temperamentne. I bardzo mnie cieszy że najnowsze wcielenie utrzymuje te tendencje. Światła jeszcze mocniej zarysowane, w standardzie już w pełni LED-owe przyciągają oko. Do tego czarne wstawki w grillu i prawdziwe przeloty w nadkolach dodają tego sportowego smaczku.

Maska z paskami idącymi w stronę kierowcy rysują charakter, a przetłoczenia boczne kierują powietrze do panelu światła tylnego. I tu ukazuje się mój ulubiony detal auta – główne światło ciągnące się przez całą klapę bagażnika. Co prawda taka brew jest aktualnie bardzo często stosowana nie tylko w grupie VAG, acz tu, w połączeniu z kierunkowskazami dynamicznymi tworzy klimat tego auta, dodając mu lekkości. A ta na pewno jest potrzebna, bo do testów trafiła wersja Sportstourer, czyli po prostu kombi.

  • Seat Leon detal
  • Seat Leon detal
  • Seat Leon detal
  • Seat Leon detal kokpit
  • Seat Leon detal kokpit

Aspekt praktyczności.

Skoro już o bagażniku wspomniałem – 620 litrów pozwoliło mi spakować wózek córki i mnóstwo innych tobołów bez najmniejszego problemu, a i jej łóżko też weszło. Pod klapą są bardzo wygodne wajchy do składania siedzeń, i choć podłoga nie jest kompletnie płaska to przestrzeni jest aż nad to, bo aż 1600l.

O wygodę w tylnym rzędzie dba trójstrefowa klimatyzacja, w standardzie dla testowanej wersji FR, oraz częściowo skórzane fotele, niestety nie podgrzewane. Ja z moim wzrostem blisko 190cm mieszczę się sam za sobą bez najmniejszego problemu, i to w pełni wyprostowany. A z przodu jest tylko lepiej.

Sportowe akcenty są widoczne wszędzie – w końcu to Seat Leon – kierownica obszyta skórą, a do tego, z pozoru, szczotkowane aluminium ciągnące się przez cały kokpit. Niestety czas pryska przy bliższym kontakcie, i okazuje się że to tylko plastik. Fotele nie są regulowane elektrycznie, a większość guzików funkcyjnych zabrano. Został tylko hamulec postojowy i niezwykle minimalistyczny wybierak pracy skrzyni. Ta ostatnia to 7dmio biegowe DTC, dobrze znane w gamie. W połączeniu z silnikiem 1,5eTSI tworzy niesamowicie oszczędny duet.

Wspomniałem o magicznej literce przy pojemności silnika i elektryfikacji Leona więc śpieszę wyjaśnić. Seat postanowił zastosować dodatkowy akumulator o napięciu 48V. Taka miękka hybryda usuwa obecność m.in. tradycyjnego rozrusznika przez co pierwszy raz system start-stop nie grał mi na nerwach. Ile daje ta ekologia? Wg danych producenta nawet litr mniej na setkę, i śmiem uwierzyć, choć do danych oficjalnych nie udało mi się zbliżyć. Moja średnia z 565 to równe 7 litrów, z czego połowę spędziłem w Warszawskich korkach, a drugą na podmiejskich trasach. A że moja noga do najlżejszych nie należy i zdecydowanie preferowałem jazdę w trybie „sport” lub „individual”, to i tak uważam to za świetny wynik. Szczególnie że niedzielna wycieczka na drugi koniec miasta w sporym ruchu zakończyła się rekordowym 5.4l.

Seat Leon i jego bajery na pokładzie.

W mojej konfiguracji obecny był DCC, czyli możliwość wyboru pracy zawieszenia, silnika, klimatyzacji (sic!) i układu kierowniczego! Kompletnie nie rozumiem trybów ekonomicznych w tak zestrojonym aucie. Seat Leon uwielbia pokonywać zakręty, ale wyłącznie po dezaktywacji wyżej wymienionego. Rozumiem, że stu pięćdziesięciu konny silnik nie musi być demonem prędkość, lecz w hybrydzie występuje wyłącznie w duecie z DTC, i dzięki temu pierwszą setkę realnie widać przed 9tą sekundą. Na obecne standardy to wolno, lecz wrażenia z jazdy są w pełni to rekompensujące.

Prócz wymienionego właśnie DCC egzemplarz testowy doposażony był w pakiet wspomagania kierowcy XL (3700zl), co oznacza między innymi Aktywny tempomat ACC, asystent świateł drogowych, rozpoznawanie znaków, monitorowanie martwego pola, asystent pasa ruchu oraz jazdy w korku. Z rzeczy bardziej przyziemnych dokłada on też łopatki zmiany biegów przy kierownicy oraz ogrzewanie jej. Lecz to jest trójstopniowe, co naprawdę doceniłem przy mroźnych porankach. Kolejną rzeczą do której uważam że warto dopłacić 1580 zł jest asystent parkowania. Wiem, że „prawdziwy kierowca jeździ sam” ale łatwość z jaką Seat Leon wciskał się w miejsca parkingowe była niesamowita. Choć proces ten faktycznie nie był najszybszy.

Seat Leon i kolejne kilometry za kółkiem.

Seat Leon dał mi się poznać całkiem nieźle. Przez niecały tydzień zrobiliśmy prawie 600km w naprawdę różnych warunkach drogowych jak i atmosferycznych. Co prawda zabrakło wielkich opadów śniegu, aczkolwiek poranne skrobanie mogę odhaczyć jako wykonane.

Mimo niemałych gabarytów, w mieście okazał się wyjątkowo zwrotny. A jednocześnie na tyle komfortowo zestrojony żeby 18 calowe felgi nie przeszkadzały przejeżdżać przez Białołęckie koleiny. Jednak mimo tych zalet jest łyżka dziegciu i coś co ciągle nie dawało mi spokoju…

Ten Seat Leon to ekonomia czy ekologia?

Seat Leon to kombi, które jest większe i cięższe od BMW serii 3ciej (co prawda starszej generacji), a palące w mieście jedynie 5-6 litrów benzyny jest niezłym wyczynem. Tak nikła konsumpcja po części jest zasługą technologii odłączania dwóch cylindrów gdy te nie są aktualnie potrzebne. Subtelny komunikat pojawiał mi się na wirtualnym kokpicie przy każdej prędkości, niezależnie gdzie wtedy byłem. I aktywuje się ona w każdym trybie jazdy. A skoro przy tym…

Samo działanie DCC poznałem w gamie Seata dość nieźle, tak mi się przynajmniej wydawało. Nic bardziej mylnego, cytując klasyka. Tak jak do „eko” nie mam zastrzeżeń, tak sport okazał się lekko problematyczny, przez co nawet gdy „mi się śpieszyło” wolałem użyć „indywidual” ze wszystkimi nastawami na „sport” prócz…pracy skrzyni. Ta zdecydowanie zbyt długo podtrzymywała wysokie obroty, bardzo powoli z nich schodząc. Takiego zachowania spodziewałbym się po silniku o trzech cylindrach. Dla przypomnienia – Seat Leon w tym wydaniu ma cztery. Z początku wydawało mi się to na tyle dziwne, że aż musiałem sprawdzić w danych technicznych.

Nowinki.

Od razu śpieszę z informacją dla każdego potencjalnego kupującego. Zaopatrz się w odpowiedni kabelek USB typu C, gdyż prawie cała odświeżona gama porzuciła standardowe porty USB znane z laptopów. Co prawda ostały się one w Tarraco, aczkolwiek słyszałem że rocznik 2021 dostał też już nowe.

Całe to wyposażenie niestety ma swoją cenę. Wyprzedaż rocznika już się skończyła, a wersje z 7biegowym DSG rozeszły się na pniu. Seat Leon w produkcji 2021 może kosztować…160 tysięcy złotych. I mowa tu cały czas o zwykłym kompakcie w kombi. Wydaje mi się to abstrakcyjne, patrząc że Cupra Leon z 2 litrowym silnikiem startuje od okolic 180 tysięcy, a nieźle doposażona ociera się o 200. I nadal pozostaje tak samo mocno praktyczna. Co więcej lada moment w do oferty wchodzi 2 litrowy benzyniak o mocy 190 koni, znany dobrze z Ateci. Oczywiście podniesie on cenę Leona jeszcze bliżej Cupry. Aczkolwiek różnica może mocno preferować droższego z braci, co oczywiście jest plusem dla marki.

To w końcu warto czy nie?

Seat Leon wydaje mi się autem gdzie projektanci dostali bardzo dużo swobody. Piękne LEDowe lampy z przodu, dynamiczne kierunkowskazy, fantastyczna animacja brwi na bagażniku, informowanie o aucie w martwym polu za pomocą oświetlenia ambiente…to ostatnie po narzekaniu jednego z dziennikarzy starej szkoły (pozdrawiam Jacku!) myślałem że będzie przeszkadzać, a jednak jest genialnie proste i funkcjonalne. A sama zabawa kolorami też mi podpasowała. Z drugiej jednak dość specyficzna praca skrzyni biegów, przy całej jej świetnej responsywności, nie dawała mi spokoju. Punktował ogrom przestrzeni zarówno z tyłu, jak i w bagażniku, ale ilość drobnych usterek elektroniki martwiła. Każdego dnia testu, możliwe że przez mróz, miałem informację o wyłączeniu wszystkich asystentów po kolei, przez pierwszych kilka kilometrów drogi. Podobno aktualizacja usuwająca ten błąd już jest, aczkolwiek to dość mocno „budzi” o 5 nad ranem jak chce się dostać np do pracy.

Same osiągi na papierze wydawały się mocno przeciętne, lecz wrażenie z ich doświadczania wydawało się trochę oszukiwać zmysły. I chyba Leon zrobił swoje, bo oszukał mi i rozum i serce. I choć z tyłu głowy chcę poczekać na pojawienie się mocniejszej jednostki to ostatnio zadaję sobie pytanie – Czy na co dzień ja potrzebuję coś więcej niż może mi dać dziś nowy Seat Leon?

MP

We współpracy z Seat Polska

Instagram

Facebook

TikTok

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *